tfurca.

 

 

tfurca >> senno >>

***

... leżałem już w łóżku jakąś chwilę. moje oczy przyzwyczaiły się do mroku nocy. pokój nabrał zarysu i nastroju. zapragnąłem usłyszeć ją tak tuż przed snem choć wiedziałem, że jest już po północy. zadzwoniłem. odebrała zaspanym głosem. ucieszyła się, że zadzwoniłem. odetchnąłem. jej głos był tuż przy mnie tak jakby obok mnie leżała, uświadomiłem to sobie. milimetry, kropelki, a nie kilometry i hektolitry. blisko. noc stała się piękna. tak jak ona, taka rozespana i szepcząca. zamknąłem oczy by w pełni to poczuć. często to robię gdy z nią rozmawiam. przenoszę się poziom wyżej gdzie nie ma fizyczności i można pławić się w duszy absolutnej. taki sposób na nie-byt chwilowy i nieobecność w realiach ogólnie pojętych. jak jestem też czasem pod jej urokiem, to dookoła też nic nie ma, tylko wtedy na szczęście nie trzeba oczu zamykać... martwiłem się, bo coś ją bolało pod wieczór. pytałem się czy już wszystko w porządku, ale to nie był pretekst zadzwonienia. sama chęć usłyszenia głosu była ważniejszym powodem i ten moment poczucia bliskości mimo tej odległości. stało się płynne pojęcie substancji ścian, lęku wysokości i mocnego przyciągania. tuż przed snem to podobne dobre na sam sen i to co się w nim przydarza, opowiada, przeżywa.

senność.

... tak, śniłem o niej już parę razy. to, że przydarzyło mi się to, było bardzo ciepłe i słodkie w sobie. no, bo przecież jeśli myśli się o kimś intensywnie i czule to naturalne jest, że może odbić się to na podróżach umysłu w nocy. podróżowałem zatem miło parę razy dzięki jej wspaniałej osobie. nie liczyłem ile razy tak było (może powinienem?), ale były to sny spokojne i delikatne. mgielne. smaczne. przeĽroczyste i zwiewne. zawsze gdy rano budziłem się po tej nocnej uczcie zmysłów sennych gościł na moich ustach uśmiech. szczery i nie szelmowski. bo moje sny nie ocierały się o cielesność. były uważne. nie zagłębiały się w pożądaniu i otchłani nienasycenia bez dna. szanowałem jej kobiecość zatem nie pozwalałem folgować mej wielkiej wyobraĽni. byłem uspokojony. syciłem się momentem leżenia utulonego w sobie, słuchaniem jej oddechu sennego i czekania gdy "zniknie". czasem budziłem się w nocy sprawdzić czy jest przykryta i czy wciąż jest obok mnie. gładziłem ją po włosach i składałem pocałunki na nich. opiekuńczość się odzywała. nos mój rejestrował zapachy nasze zmieszane, miksturę podniecającą umysł. chociaż spałem snem głębokim to wydawało mi się, że w śnie swoim czuwam nad nią. nad sobą. nad nami. podobało mi się. teraz tęsknię za następnym razem. czekam cierpliwie. zasypiam i pragnę śnić o niej, jednak obudzić się rano na pewno w realności. sny wieczne wiecznie nie trwają ale dobrze, że są. takie delikatne jak te, to szczególnie...

senność.

... przyznam się, że był też jeden inny sen. też sen, ale bardziej soczysty i niespokojny. musiałem się pewnie bardzo miotać na łóżku realnym w moim pokoju na placu grunwaldzkim. działo się wiele dobrego. pięknego w swym niesamowitym zdarzeniu. to był akt wymiany energii kosmicznej. scalenia dwu światów bez żadnego wybuchu kosmicznego i konsekwencjami na wieki. po prostu przytuliłem się do niej. bliżej. odszukałem szyję. znalazłem i pocałunki się przelały powoli ze mnie na nią. otoczyły nasze dusze. było je czuć wszędzie niczym echo powoli gasnące w oddali i powracające odbite od przeszkody. tuliłem ją, moje ramiona drżały niewidocznie. temperatura była wysoka, zrozumiałem wreszcie na czym polega efekt cieplarniany mojej planety. ciepłota nas samych i to uniesienie... nie było mnie, byłem nieobecny, a zarazem bliski. poznawałem na nowo pojęcia. słowa określające fragmenty cielesności nabierały nowego wyrazu. policzki. dłonie. brzuszek. broda. nos. uszy. włosy. piersi. nogi. palce. wszystko nabierało jej wyrazu i było tak delikatne jakbyśmy wcale się nie dotykali. nawet nie pamiętam szczegółów, może dobrze, tak lepiej. pamiętam i nie zapomnę tej aury jaka nam towarzyszyła w tej czułości niewinnej nocnej. sennej. nieobecnej...

***

idę spać, złaknion TSY snu ...
dzień kobiet dwa tysiące. Y.

[powrót]