tfurca.

 

 

tfurca >> pustynia >>

***

... idę już od dawna. przed siebie. brnę. mam wszędzie piasek. idę wytrwale. pustynia ta, jest podobno największa na świecie. ogromna. pusta. słońce pali mocno zewsząd. w nocy chłód otacza. w dzień skwar niemiłosierny. zmienność... zróżnicowanie. piasek jest żółty. dookoła nic. idę... bez wody jestem już jakiś czas nieokreślony. nie pamiętam. cztery miesiące chyba jeśli dziś mamy kwiecień. a może wtedy była to ułuda. fata morgana. zdawało mi się wtenczas, że piję wodę. być może. zatem dłużej bez wody zbawiennej jestem. i żyję. a podobno tak się nie da.

na drodze swej piaszczystej spotkałem studnię. chwilę temu. stała tam od wieków. od zarania. kilka drzew w pobliżu. wytchnienie od słońca. przestrzeń. lepiej. studnię zasypało trochę, przez te ostatnie burze piaskowe częste o tej porze roku. powoli i w skupieniu odkopałem. zadbałem. dotarłem do zbawczego chłodu. wilgoci upragnionej. poczułem jej powabność zewnętrzną i wewnętrzną. cudownie gładkie jej ściany dotknąłem niczym gładkości skóry nóg tej pięknej niewiasty. zapewne wszystko u niej gładkie wybitnie, tak mniemam i przeczuwam. upewniam się o tym we snach swych i podróżach sennych gdy w cieniu tej studni odpoczywam. zażywam spokoju i choć pustynia czeka by ją przemierzyć, czekam. tu mi jest dobrze, wyśmienicie, jak w raju. oazie. krople upijam wody z wnętrza studni i myślę wtedy o oceanie ciepłym, spokojnym gdzieś tam za horyzontem. a może go nie ma - to znów ułuda. jednak jeśli już tyle przeszedłem, to trzeba iść dalej. dążyć... zaraz będę może znów tak robił. teraz postój. brak ruchu. te krople, które miło wydobywają się dla mnie by ugasić moje pragnienie. dobrze, że choć tyle. cieszą mnie te okruchy całości. doceniam. kap, kap, kap, kap, kap, kap... a ja słyszę to niczym szum wielkiej rzeki. wiry i odblask od słońca. spienioną toń. rzekę pełną wody, która płynie zawsze przed siebie. w korycie swoim. drogą swoją do morza, do oceanu. wszystko realne, nie ma oszukania. tak się dzieje i jest to proste. rzeczywiste. autentyczne. szedłem długo, szukałem. teraz zatrzymałem się i mój stan obecny lepszy jest od tych piaskowych bezkresów, bez końca. znalazłem przestrzeń spokojną. wyspą jest zatem ta studnia o gładkich i soczystych swych ścianach. wyspą po środku mej pustyni morza. to cieszy. spiłem znów przed chwilą kropel kilka, łyk wody. doceniam. prawie jak kąpiel w wannie z olejkami eterycznymi. siedzę w cieniu zamyślony. analizuję czas przeszły. tyle nauki życiowej i dopiero teraz gdy ta chwila zatrzymania, mogę spokojnie pomyśleć o wszystkim. nie cofam się choć stoję w miejscu. trwam. trwanie lepsze niż błądzenie i pochód na azymut lub kierowanie się słońcem. takie bycie zadowolonym wędrowcem pustynnym, bo mam cień, wodę, czas, spokój i sen lepszy. kontent.

tulę się do jej ścian. przejmuję jej zbawczy chłód kamiennych ocembrowań. przytulam się, a moje gorące nagie ciało oddaje swoje ciepło. uczucie jakby ręce tej niewiasty spoczęły nagle na moim karku. tak lepiej, chłodniej, choć skwar i duchota dookoła. oddech czystszy i ugaszone pragnienie. czasem łza kapnie mi z oka, bo szczęście delikatne w swej konstrukcji odczuwam i cieszę się z niego. nie chcę mi się iść dalej jak tu jest tak dobrze, a tak znów tułaczka i błądzenie co jest podobno rzeczą ludzką. przytulam się mocniej i całuję ją z wdzięcznością. moje usta oddają mnie całego i wszystko co chcę powiedzieć, tak dawno nie całowałem kogoś w ten sposób. całuję tak niczym całą swą duszą miękką i cielesnością wyzbytą się wszelkich skorup i naleciałości cywilizacji. doceniam spojrzeniem i dotykiem, tylko tak mogę w tej swej podróży, gdy nic nie mam przy sobie tylko tę jedną białą szatę. znów płaczę... dobrze mi. zostanę tu jeszcze... nie idę na razie.

***

nie ostatnie opowiadanie o YPSILON.
kwiecień. 2000. autor: tsy.y.rzeka.czas.

[powrót]