tfurca.

 

 

tfurca >> pomnik >>

 

***

   mieszkał w rynku od dawna - nazywał się... (nie jest to teraz ważne, dlatego też podam jego inicjały) nazywał się: A.B.C. miał około 30 lat, jeszcze nie łysiał, pracował, rodzinę posiadał liczną, konto w banku było regularnie zasilane przez jego średnie zarobki. jego kamienica, w której dane mu było zajmować trzy pokoje z kuchnią plus wychodek na schodach, była stara; pamiętała ona odległe czasy gdy go nie było jeszcze na świecie. widok z okien roztaczał się na północno-wschodnią część ratusza oraz mały skwer. na skwerze tym stał pomnik. był to duży cokół, a na nim mieściła się postać siedzącego mężczyzny. mężczyzna ten był ubrany, rzec by można, w stylu rokoko - nikt zresztą nie wiedział kim jest ten mężczyzna. siedział od zawsze tam gdzie siedział, był czymś w rodzaju constans tego miejsca. pan A.B.C. nie zwracał uwagi nigdy na szczegóły i nie zwrócił jej też na ten pomnik. może nie było na co, więc... jednak któregoś dnia około godziny 13.47, padał wtedy deszcz typowo przejściowy , nasz bohater (na pewno nie romantyczny) zasuwał story w swej sypialni - chciał się przespać, przykuł go i wręcz zamurował wzrok mężczyzny z pomnika. kamienna postać patrzyła na niego, prosto w jego niebieskie oczy. zimny wzrok monumentu zmroził ruchy pana A.B.C., który zastygł w dziwnej i nienaturalnej pozycji. trwało to wiele godzin, nie wiem jak długo...

   wydarzenie to, wydające się błahym, zdeterminowało szare życie naszego bohatera. świadomość bycia pod ciągłą obserwacją i niezmienność spojrzenia zachwiały bytem jednostki. pan A.B.C.- już gorzej nazwać go nie mogłem, a przecież ma to być "jederman" czy też "everyman" - przestał sypiać, wziął zdrowotny urlop na czas nieograniczony, zaczął palić i pić na umór będąc dotychczas totalnym abstynentem; sięgnął nawet po lekkie narkotyki, a ostatecznie rozpoczął regularnie wstrzykiwać sobie w żyły jakieś nieokreślone kwasy. rodzina przeżywszy piekło jego upadku odwróciła się od niego, a następnie go opuściła zabierając ze sobą wszystko co można było ze sobą zabrać. w mieszkaniu zostały puste ściany, materac w sypialni, rolka papieru toaletowego w ubikacji i trzy słoiki z dżemem śliwkowym w lodówce. lodówki nie można było wynieść ponieważ była przybita do podłogi gwoździami...
nieszczęśnik nasz zostawiony sam sobie i użerający się z własnym "ja", samotny - lecz nie osamotniony, bo na świecie są jeszcze gołębie - będący w pozycji upadku wszystkich wartości, w które dotychczas wierzył, bez boga, bez pieniędzy - mamony za którą się uganiał - postanowił popełnić samobójstwo. udało mu się to o godzinie 23.49 w sobotę. księżyc był w pełni. na pogrzeb nikt nie przyszedł. pochowali go klasycznie pod murem bez zrozumienia jego postępku. mieszkanie owo stało jakiś czas puste, póĽniej wprowadziła się tam rodzina sześcioosobowa nie licząc psa. zastali oni tam lodówkę i te już śmierdzące dżemy śliwkowe. po małym remoncie kapitalnym wszystko było znów tak jak kiedyś. pomnik na wiosnę, jak zwykle, umyły dzieciaki ze szkoły podstawowej o nie czytelnym numerze... wyglądał on wtedy naprawdę pozytywnie...

***

wszystkie wydarzenia opisane wyżej są fikcyjne
zbieżność nazwisk i miejsc jest nie przypadkowa
...miejsce akcji:WROCŁAW ...czas akcji:1994

[powrót]