tfurca.

 

tfurca >> miau >>

***

miau. czytaj mi proszę z ust, tak jak ja staram się to robić z twoich. poznaję. patrzę jak się układają by wymówić słowa, zdania albo gdy nic nie mówią, to też mówią. nie poruszają się. nie drżą. zastygłe i tajemnicze w tym stanie. przyznam się, że znam ich smak. hmm. smak ust. wysublimowany i niewypowiedzianie wysoki. jest jeszcze, spoczywa ten ferromon we mnie. pielęgnuję. wspominam tę inną jakość delikatności- namiętności, lepszą...

zastanawiam się też wtenczas czy zasługuję na takie odczuwanie szczęścia. to światełko jakie świeci od niej i przykuwa wzrok mój bezgranicznie. nic wtenczas dookoła, tylko ona. postać, zarys i aura, a może aureola? hmm. na razie wpatrzony jestem i skoncentrowany na ustach. mówi mi o butach jakie chciałaby sobie kupić, będą na pewno ładne. pójdziemy na zakupy. lubię. będziemy podróżować po mieście szukając czegoś, a może siebie samych. pobędziemy bliżej. blisko. blisko? blisko... wtedy czuć ciepło jakie bije od nas, promieniuje w każdym widmie fal. ogrzewa niczym uśmiech szczery, radosny lub dobry nastrój. teraz tramwajem z punktu a do punktu b, tam coś załatwimy. poczekam na dworze. przewietrzę się. nagram może parę słów na dyktafonie i jak przyjdzie to odtworzę swój głos radiowy. może słów miły potok Jˇ obleje ale nie zmoczy zaiste. widzę już, idzie. kroczy tym swoim chodem nie-dotykającym tafli ziemi, bo po co. można się zbrudzić miastem moim po-zimowym trochę... a teraz znów przemierzamy miasto wzdłuż i wszerz. na chwilę wstąpimy do sklepu by przymierzyć okulary niebieskie. fajne one są. po drodze póĽniej kupi mi kwiatków mały bukiecik, sam chciałem jej to zrobić - była szybsza. cudowne. przebiśniegi w lutym? ciekawe i zaskakujące. zachowanie niczym do znanej z historii george sand i fryderyka chopina podobne zaiste... świat jest przed nami teraz, a nie za nami. nie ważne. ważne, że na jej stopach już są te buty. wygodne. ładne. inne niż wszystkie. niedrogie. polubi je za chwilkę, przekona się do nich wieczorem. lepiej teraz, dotychczasowe obcasy, które miała na sobie schowam do torby. do tego w naszych brzuszkach miło trawi się przez cały czas obiad zjedzony wspólnie. deser i kawa. pełnia. ten dzień znów jest niepostrzeżenie nasz. czuły. jak te pocałunki... no, bo inaczej nie umiem. tak piękną kobietę całuję czule. czulej jeszcze bym chciał ale się hamuję jak przystało na dżentelmena, bo nim jestem.

patrzę znów w jej oczy i widzę tam głębię. wrażliwość. dusza tam jest. głęboko. to pociąga, przyciąga mnie. trąca. dotyk opuszkami palców... czuję go. jest z tyłu mojej głowy albo raczej gdzieś w środku niej. wewnątrz. głęboko. moje napięcie zostaje rozładowane, rozluĽniam się. nie jestem spięty, jak nigdy dotąd. oaza. sny spokojne... a kartki papieru cieszą się z tego wypływu atramentu ze stalówki pióra. ze śladu jaki pozostawiam się cieszą. z tych linii. kreseczek. kropek. moje serce bije mocniej. słyszysz? teraz spokojniej.

t ę s k n i ę . . .

dużo pytań, mniej odpowiedzi. tak zawsze. jak zawsze... czytam z jej ust, z ruchu tych kształtnych i soczystych warg. stoi w drugim rogu sklepu muzycznego przy szafie odsłuchowej w słuchawkach na uszach. mówi do mnie. lubię. czasem jakieś nieprzeźroczyste plecy zasłaniają, przesłaniają. rozmowa się urywa. powraca. mówi czule, przekładam to na szept prosto do ucha trafiający. łaskocze trąbkę eustachiusza. riposta moja brzmi tak: "jesteś piękną kobietą. podobasz mi się". ciekawe czy zrozumiała co powiedziałem? miau.

***

dzień niecodzienny codzienny,
luty'2000 po wystawie fotografii.

[powrót]