tfurca.
tfurca >> joshua >>
***
... miałam sen, a może to nie był sen tylko zdarzyło się to naprawdę - sama
po dziś dzień tego nie wiem i teraz już nie chcę wiedzieć. zdarzyło się to
w miejscowości leżącej blisko pustyni w Izraelu, gdzie wiodłam swe życie samotne
od dłuższego czasu, byt mój tutaj był nieskomplikowany (czegoś szukałam jak
wszyscy na tej planecie). co do opisu miejsca mego pobytu, to była to pokolonialna
mieścina licząca jakieś 200 lat. przez cały rok było tu ciepło, w lecie gorąco
aż nie do wytrzymania. po jakimś czasie przyzwyczaiłam się do tego podzwrotnikowego
klimatu i nie był to już problem jak na początku - po prostu nie nosiłam bielizny
pod przewiewnymi ubraniami i wiatr od pustyni przynosił ulgę owiewając mnie
swym ciepłym za dnia i zimnym w nocy oddechem. czemu to była pokolonialna
mieścina, bo kiedyś kwitło tu życie i rzeczy, myśli oraz wieści z ogromnego
świata dochodziły bardzo szybko do nas razem z kupcami i karawanami licznie
nawiedzającymi miasteczko na skraju pustyni Negef - teraz byliśmy daleko od
tego wszystkiego: chaosu, gwaru, zamieszania, natłoku. zapomnianymi będąc
byliśmy przez to szczęśliwszsi w swoim spokoju.
jednak nie byłam tak do końca samotna czy też osamotniona żyjąc daleko od
centrum wszechświata. miałam paru znajomych i sąsiadów, z którymi lubiłam
czasami zapominać o moim świadomym wyborze odizolowania się od cywilizacji.
był wśród nich jeden, którego częściej spotykałam od innych mi znanych. spędzałam
z nim mnóstwo czasu na rozmowach o wszystkim i niczym albo spędzaliśmy ten
czas milcząc, co nastrajało mile. był po prostu moim najlepszym przyjacielem.
przyjacielem, który bardzo mnie cenił za to, że jestem jego powierniczką tajemnic
i ukrytych pragnień oraz marzeń. był młodszy ode mnie, o jakieś parę lat i
prawdę mówiąc dokładnie nie wiedziałam ile tak naprawdę ma lat. uważałam go
za niedoświadczonego młodzieńca łaknącego poznania i czasami w swych wyobrażeniach
o ludziach, przestrzeni uczuć, myśli, dobroci wręcz naiwnego. jak go słuchałam,
to przypominały mi się moje młode, nieokrzesane pomysły i zamierzenia, które
niestety pod naporem rzeczywistości i codziennego życia pękały na drobne,
niemożliwe do poskładania, kawałeczki. stało się to tyle razy, że stwardniałam
przez to i nabrałam dystansu do wszystkiego, czasem nawet byłam cynikiem.
zatraciłam się w tej swej drodze do mego ukrytego celu i ostatkiem moich wyeksploatowanych
sił witalnych uciekłam przed światem do tej zapomnianej mieściny szukać siebie
utraconej. powoli dzięki spotkaniom ze znajomymi, spotkaniom z moim młodym
prawdziwym przyjacielem i chwilom pustelniczej samotności odzyskałam równowagę.
została jednak ta moja harmonia życia teraźniejszego zachwiana przez pewne wydarzenie. było to nieoczekiwane, choć mogłam się tego spodziewać analizując wnikliwiej moje rozmowy z Joszuą (tak miał na imię mój młody przyjaciel). zapytał się mnie pewnego razu, czy widzę w nim siłę, która pozwoli mu wyrzec się wszystkiego i nauczać to w co wierzy? czy powinien iść w świat i spróbować go zmienić na lepsze swoją miłością? odpowiedziałam mu, że powinien zrobić tak jak czuje i nie patrzeć się, że zostawi za sobą pustkę w tym miasteczku, bo przecież da innym wypełnienie ich własnej pustki swoją promieniującą siłą osobą. jednak w głębi duszy patrzyłam na niego jak na człowieka pływającego w utopii i nie chciałam mu mówić prawdy, że nic się nie da zrobić, że walka o prawdę jest z góry skazana na fiasko, że sama to przeżyłam i się zawiodłam ... nie powiedziałam mu prawdy. zataiłam myśląc i zdając sobie sprawę, że przez to straci sens walki czy też sens życia. czy go oszukałam? nie wiem. po kilku dniach zapomniałam o tym incydencie, jednak wszystko wróciło do mojej głowy - dostałam liścik od Joszuy, że za moim błogosławieństwem rusza przed siebie i będzie nauczał jak wielcy tego wszechświata: Jezus, Budda, Mahomet. życzył mi szczęścia i dziękował za to, że go upewniłam w tym co czuł, a teraz może to realizować.
(...)
minęło kilkanaście lat, nie pamiętam dokładnie ile. ja dalej tkwiłam tutaj,
w miasteczku, blisko pustyni Negef i ukajałam swe życie na tym odludziu tą
ciszą istnienia jaka była dookoła. wszystko nie-zmienne było w przestrzeni,
wiatry dalej ochładzały me ciało, jak i podgrzewały od czasu do czasu. nienoszenie
bielizny weszło mi w nawyk i nie znosiłam wielu warstw na sobie. po prostu
żyłam dalej nie zmiennie. było mi tak jak miało być.
po opuszczeniu miasta przez Joszuę (dopiero wtedy poczułam jakim uczuciem
go obdarzałam) słuch wszelki po nim zaginął. posmutniało. opustoszało. ucichło.
poszarzało, choć i tak było szaro. on nie pisał ani nikt nie przywoził żadnych
jakichkolwiek informacji o nim. się zapomniało. po prostu poszedł swoją drogą.
z tego wszystkiego zagłębiłam się jeszcze bardziej w swej samotności i przeprowadziłam
się na obrzeża miasta. zaczęli mnie uważać za odludka i na moje szczęście
dali mi względny spokój. moje życie wypełniało studiowanie wielkich treści
i idei, na które trafiłam przypadkiem w małej księgarence na uboczu. były
to spisane frazy jakiegoś nieznane mi człowieka, mężczyzny zwanego MISTRZEM,
przez swoich uczniów i innych, którzy go widzieli oraz słuchali. była w nich
taka głębia, że aż porywała i tak też się stało ze mną jakieś trzy lata temu.
dopiero teraz byłam szczęśliwa. próbowałam dowiedzieć się kim On jest, jak
wygląda, jaki ma głos - jednak wszelkie informacje były wręcz znikome, szczątkowe.
miałam tylko jego myśli i idee, które wchłaniałam całym swym sercem, ciałem
i duszą. wypełniało mnie coś wielkiego, coś co nigdy nie czułam i czego tak
naprawdę pragnęłam. dopiero teraz zrozumiałam to długie czekanie na coś nieopisanego,
to było czekanie na oświecenie i nirwanę, która była Nim. był jednak jak mgła
poranna nad pustynią, rozpływał się z nadejściem pierwszych promieni słońca.
szczęściem dla mnie nadarzała się okazja spotkania Go wreszcie ponieważ dowiedziałam
się, że będzie w swej podróży po świecie przechodził przez naszą mieścinę
i prawdopodobnie zatrzyma się na kilka dni aby odpocząć. zatem jeśli miałabym
siłę oraz odwagę powiedzenia mu ile mu zawdzięczam, że wypełnił mnie po koniuszki
palców i że nie ma we mnie grama pustki; że jest dla mnie moim poetą, mężem,
bratem, kochankiem, a przede wszystkim MISTRZEM mego istnienia i to Jego osoba
nadaje sens wszystkiemu, byłabym szczęśliwa. czekałam na dzień spotkania z
Nim tak, jak się czeka na deszcz porą suchą albo na pierwsze włosy łonowe
lub usta kochanka pierwszej miłości... i nastał ten dzień, był piękny choć
taki podobny do innych. MISTRZ oraz jego uczniowie rozbili obóz pod mieściną,
która stała się miastem, bo nie chcieli zakłócać jego codzienności tym dużym
napływem pielgrzymów. na początku swej drogi On wędrował sam, z czasem przyłączali
się do niego zagubieni, poszukujący i po roku było ich kilkuset. część z nich
tylko na chwilę scalała swe istnienie z tą falą ludzką, pozostali chcieli
do końca tak żyć. wszyscy jednak słuchali go i jego kroków, uczyli się tej
głębi jaką miał w sobie i którą promieniował.
w ostatni Jego dzień pobytu zdecydowałam się wreszcie spotkać się z Nim i
porozmawiać o tym skąd bierze siłę i energię by iść drogą, którą wybrał. chciałam
też powiedzieć Mu, że to On jest moim światłem w tym ciemnym tunelu. im jednak
byłam bliżej momentu zobaczenia Go, tym bardziej chciałam tylko popatrzeć
na MISTRZA. czuło się na wiele metrów przed wejście do obozu położonego na
małym wzgórzu podniosłą atmosferę i być może to duchowe uczucie spowodowało,
że się onieśmieliłam zarzucając pomysł wymienienia z nim kilku słów. gdy przestępowałam
próg śnieżno-białego namiotu, o którego biła cudowna łuna, owionął mnie zapach
mojego dzieciństwa, zapach mleka matki. to było pierwsze uczucie, póĽniej
poczułam wszelkie inne mi przyjemne wonie - były tam wszystkie: dym świętych
kadzideł, woń nasienia mężczyzny, zapach gorącej z pożądania kobiety i zapach
spoconego ciała po ciężkim wysiłku spłukiwany przez deszcz, pot płaczącego
niemowlaka. pachniało też tam ulubionymi moimi potrawami i napojami: chłodnikiem
z czosnkiem, kotletami sojowymi, naleśnikami z rodzynkami i polewą truskawową,
ciastem świątecznym, budyniem, kawą z bitą śmietaną, mrożoną herbatą ... podeszłam
powoli ze skulonym wzrokiem do podwyższenia, na którym siedział w białej szacie
z kapturem zasłaniającym jego twarz, i padłam przed Nim nie mogąc się podnieść
wzrok. bałam się, że oślepnę od tej jasności światła, które chciałam zobaczyć.
leżałam tak dłuższą chwilę, gdy usłyszałam jak On podniósł się, odrywając
się na moment od medytacji, i podszedł, delikatnie stąpając, pomóc mi wstać.
i wtedy nastąpiło skrzyżowanie naszych wzroków, zamarliśmy w tym spojrzeniu.
nic mnie nie oślepiło, lecz zamurowała mnie świadomość, że MISTRZEM jest mój
długo niewidziany przyjaciel Joszua, który dawno temu opuścił moją mieścinę,
która przez ten czas stała się miastem. to był grom z wszechświata, a zarazem
czysty paradox świata: ja uważałam Go za mego guru, a przez te wszystkie lata
On czerpał energie i siłę z myśli o mnie, że to ja go natchnęłam i tylko dzięki
temu szedł swoją drogą. staliśmy tak długo opowiadając sobie swoje historie
oczyma, póĽniej wyszedł ze mną przed namiot i powiedział, że wreszcie znalazł
to czego szukał tyle lat. jest tym czymś miłość do tej obok niego stojącej
kobiety i prosił aby się nie dziwili, że to jest właśnie to. każdy ma własny
cel do którego dąży, jednym się udaje, inni szukają całe życie - tylko siła
duchowa chęci dotarcia do sedna prowadzi nas do tego celu. poprosił ich aby
nie zaprzestawali poszukiwań i szli dalej lecz bez Niego. On będzie o nich
myślał, będzie z nimi całą duszą.
potem Joszua poszedł ze mną do mego domu na obrzeżach miasta, prowadziłam go trzymając jego ciepłą dłoń, a On prowadził mnie ...
(...)
***
CZAS RZECZYWISTY
POMYSŁ PODAŁA HANNAH
jest to dość długi text jak na tsy ...